Pokazywanie postów oznaczonych etykietą horror. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą horror. Pokaż wszystkie posty

sobota, 2 grudnia 2023

Tajemne rysunki - Jason Rekulak




Nie przepadam za horrorami w wersji filmowej i z reguły ich po prostu nie oglądam. Inaczej sprawa ma się z książkami tego gatunku, lubię po nie sięgnąć i od czasu do czasu poczuć dreszczyk przeczenia przebiegający po kręgosłupie. Kiedy znowu zapragnęłam trochę się bać, sięgnęłam po książkę Jasona Rekulaka Tajemne rysunki.

KILKA SŁÓW O FABULE:

Mallory dostaje pracę jako opiekunka Teddy'ego. Chłopiec jest bardzo uzdolniony plastycznie, jednak początkowo niewinne rysunki z czasem zmieniają się w potworne obrazy, które nijak nie powinny być dziełem dziecka. Na domiar złego, chłopiec ciągle opowiada o swojej przyjaciółce Annie i twierdzi, że to ona tworzy jego malunki. O ile najpierw każdy sądzi, że Annie jest wymyśloną przyjaciółką chłopca, o tyle późniejsze wydarzenia przestają na to wskazywać. Mallory zaczyna gubić się w swoich przemyśleniach, zaczyna wątpić w swoją poczytalność.


MOJE PRZEMYŚLENIA:

Ta książka to przede wszystkim świetnie zbudowany portret psychologiczny głównej bohaterki. Mallory jest kobietą po przejściach, która po odwyku od używek stara się zacząć wszystko od nowa. Kiedy wydaje się, że wszystko sobie ułożyła, zaczyna mieć mętlik w głowie, a wszyscy wkoło zdają się wątpić w jej poczytalność. Kobieta jednak pragnie rozwiązać zagadkę i w swoje poszukiwania wciąga kolejne osoby z otoczenia. Nie lada orzech do zgryzienia ma w tej kwestii czytelnik, jedne domysły gonią kolejne, a akcja pędzi w takim tempie, że co chwilę pojawiają się nowe fakty.

Główną rolę w tej fabule odgrywają rysunki, które, co dość niecodzienne w książkach dla dorosłych, pojawiają się na kartach tej powieści i zostały namalowane przez dwie osoby, jeszcze zanim autor miał pomysł na cały zarys fabuły. Są zaskakujące i ciekawe, tak jak sama konstrukcja książki.


Praktycznie do końca nie wiadomo, w jakim kierunku pójdzie ta historia i kiedy wydaje się, że wiemy wszystko, to tak naprawdę nie wiemy nic. Fabuła trzyma w napięciu, miejscami zahaczając o horror, strasząc i pokazując swego rodzaju brutalność. Co więcej, całość nie zamyka się tuż po ukazaniu rozwiązania, a została okraszona obszernym epilogiem ukazującym kolejne wydarzenia.


Tajemne rysunki są według mnie połączeniem thrillera psychologicznego, gdzie na pierwszy plan wybija się bardzo dobrze skonstruowana bohaterka z elementami horroru. To spójna i logiczna opowieść, w której niezwykle ważną rolę gra suspens i budowanie napięcia.


Tytuł: Tajemne rysunki

Tytuł oryginału: Hidden Pictures

Autor: Jason Rekulak

Tłumaczenie: Ewa Helińska

Liczba stron: 432

Data wydania: 2023-05-23

Wydawnictwo: Zysk i S-ka


Napisane dla bookhunter.com.pl


Inne wydania:


Źródło: https://www.shopwillowbrook.com/storeyline/product/hidden-pictures-by-jason-rekulak-paperback-indigo-chapters-coles-65185e

Źródło: https://www.amazon.pl/Hidden-Pictures-Jason-Rekulak/dp/1250819342

Źródło: https://www.amazon.pl/Hidden-Pictures-Jason-Rekulak/dp/0751583715





środa, 5 stycznia 2022

W pewnym zapomnianym przez świat ośrodku - "Druga szansa" Katarzyna Berenika Miszczuk





Przeczytałam wiele powieści Katarzyny Bereniki Miszczuk i cenię ją za swobodę i humor z jakimi tworzy swoje książkowe światy. Uwielbiam cykl Kwiat Paproci, równie dużą dozą sympatii darzę cykl o Wiktorii Biankowskiej. Skusiłam się na przeczytanie Drugiej szansy dzięki wznowieniu tej powieści za sprawą serialu Netflixa. Takiej prozy autorki nie znałam, ale po przeczytaniu tej powieści mogę powiedzieć, a raczej napisać tylko jedno - wow. 

Julia budzi się w ośrodku o tajemniczej nazwie Druga szansa. Tutaj nic nie jest takim, jakim się wydaje. Poddawana jest swego rodzaju terapii, dowiaduje się, że to normalne, że nic nie pamięta, że jej bliscy zginęli w pożarze. Poznaje innych mieszkańców ośrodka, szczególne wrażenie robi na niej Adam. Wszystko już by się nawet układało, gdyby nie to, że dziewczyna czuje się zagubioną. Ma wrażenie, że wszyscy ją okłamują. Na domiar złego niepokój wzbudzają w niej wszędobylskie kruki i nawoływania jednej z mieszkanek ośrodka, która twierdzi, że prowadzący terapię nie mają dobrych zamiarów. 

Ta książka jest dla mnie totalnym zaskoczeniem. Wiem, że jest jedną z pierwszych w dorobku autorki, a ja zaczęłam od czytania jej późniejszych cykli. Przyzwyczajona byłam do wesołej i nieco ironicznej formy jej twórczości, bardzo lekkiej w swoim wydźwięku. Jakież było moje zdziwienie, gdy czytając Drugą szansę miałam ciarki na plecach, bo co i rusz trafiałam na sceny rodem z horroru. 

W powieści tej nic nie jest takim jakim się wydaje. Prawda miesza się z fikcją, gdy już mamy wrażenie, że wiemy naprawdę wiele, za chwilkę dostajemy prztyczka w nos i razem z Julią próbujemy odkryć kolejne karty, znaleźć w jej głowie mały pstryczek, który przywróci jej pamięć. Całość, niezwykle zresztą zaskakująca, prowadzi do ciekawego i satysfakcjonującego rozwiązania, do zakończenia wyjaśniającego wiele, ale stanowiącego też swego rodzaju zagadkę i podwaliny do stworzenia kolejnego tomu.

Cieszy mnie, że Netflix zdecydował się zekranizować akurat tę powieść i dzięki temu dał jej swoiste drugie życie albo, jak kto woli, szansę. To historia pełna napięcia, skrywająca nietuzinkowe tajemnice i sekrety, taka jakiej łatwo się nie zapomina. 



Tytuł: Druga szansa

Autor: Katarzyna Berenika Miszczuk

Data wydania wznowienia: 29 września 2021

Liczba stron: 336

Wydawca: Wydawnictwo Uroboros



sobota, 30 maja 2020

Czy Koontz przewidział wirusa z Wuhan? - "Oczy ciemności" Dean Koontz




Wirus, który rozpoczął się w chińskim mieście Wuhan i ma opanować świat - brzmi znajomo? Nic dziwnego, od kilku miesięcy zmaganie się z COVID-19 stanowi nasza codzienność. Wydawać by się mogło, że Oczy ciemności to powieść napisana "na fali" ostatnich wydarzeń. Jednak nic bardziej mylnego. Dean Koontz napisał te książkę w 1983 roku, a w ostatnim czasie zrobiło się o nim jeszcze głośniej jako, że niejako przewidział w niej wirusa z Wuhan.

Christina od dwóch lat nie może poradzić sobie ze śmiercią syna. Danny zginął w wypadku, a jego ciało było tak zmasakrowane, że kobieta nie miała odwagi oglądać go przed pogrzebem. W międzyczasie rozpadło się jej małżeństwo, a Tina postawiła na karierę. Kiedy wszystko zaczęło się w miarę układać w jej domu zaczęło dochodzić do dziwnych sytuacji, które głównie miały miejsce w pokoju jej syna. Kobieta zaczęła dostawać wiadomości o treści: NIE UMARŁ.

Powieść Koontza pożera się za jednym zamachem. To prawdziwa mieszanka gatunkowa, znajdziemy tutaj thriller, sensację, horror a nawet odrobinę romansu. Bohaterowie są ciekawi acz schematyczni. Charakterystyczni dla tego typu powieści. Mają mnóstwo szczęścia i udaje im się umknąć zbirom podążającym ich śladem. Oczywiście znajdzie się także tajna organizacja rządowa próbującą ukryć tajne badania. Mimo tej schematyczności książka porywa klimatem lat 80. XX wieku, a ja miałam wrażenie że poniekąd czytam powieść, na kanwie której stworzono Netflixowy serial Stranger Things.


To jedyna książka, którą wspólnie czytałam z mężem w jednym czasie. Przyznam że idealnie ją podsumował: "ta książka jest jak paczka chipsów. Otwierasz, zachłystujesz się i dosłownie pożerasz. Gdy paczka się kończy zaczynać myśleć, że przesadziłeś, a gdy odłożysz na drugi dzień to stwierdzasz, że wcale nie były takie dobre".


Oczy ciemności nie są czymś odkrywczym, chociaż nie wątpię, że były taką powieścią w czasie, gdy powstały. Mimo paru mankamentów, jest to naprawdę ciekawa i wciągająca powieść, która stanowi wyśmienita rozrywkę. Jej lektura to czysta przyjemność.

Tytuł: Oczy ciemności
Tytuł oryginału: The eyes of Darkness
Autor: Dean Koontz
Tłumaczenie: Robert Waliś, Cezary Frąc, Maria Frąc
Data wydania (Pl)  wersji ze zdjęcia: 6 maja 2020
Wydawca: Wydawnictwo Albatros




Recenzja napisana dla portalu bookhunter.pl
Za książkę dziękuję Wydawnictwu Albatros

niedziela, 24 marca 2019

Big Easy lat 20. - "Cienie Nowego Orleanu" Maciej Lewandowski



Big Easy, czyli Nowy Orlean lat 20. XX wieku. Duszny klimat przepełniony jazzową muzyką, wypełniony jest czarną magią i okrucieństwem, a bagna parują oddechem powracających do życia demonów. Mimo zarządzonej prohibicji, miastem płynie rzeka alkoholu. W taki świat przedstawiony Maciej Lewandowski wrzucił porucznika Legrassa, głównego bohatera powieści Cienie Nowego Orleanu. 

Brutalne morderstwo, dziewczyna odarta ze skóry, wszystko wskazuje na to, że bardzo cierpiała, wszystko wskazuje na to, że poddawana była wielogodzinnym torturom zanim umarła. Miejsce zbrodni wygląda tak, jakby morderstwa dokonano w ramach okultystycznej praktyki. Wyjątkowo okrutna zbrodnia przypomina porucznikowi Legrassowi wydarzenie sprzed lat i zaczyna się on zmagać z demonami z przeszłości, demonami, które miał nadzieję w tej przeszłości pogrzebać. Rozpoczyna się śledztwo prowadzące do czarnego serca Nowego Orleanu, jego najbardziej szemranych zaułków. 

Lewandowski stworzył rasowego policjanta. Legrasse jest oddany swojej robocie i przekonaniom, za wszelką cenę chce schwytać mordercę, nie waha się narażać swojego życia w imię rozwiązania kryminalnej zagadki. Jego samego dręczą koszmary i sprawy, które miał nadzieję pozostawić już za sobą. Jednak to wszystko gdzieś już było. Przez literaturę przewinęło się mnóstwo podobnych bohaterów, policjantów nękanych przez przeszłość. Legrasse nie jest w żaden sposób wyjątkowy, niczym się nie wyróżnia. 

Cienie Nowego Orleanu to połączenie kryminału z horrorem. Big Easy przepełnione jest specyficznym zapachem czarnej magii. Autor bezpośrednio nawiązuje do prozy H.P. Lovecrafta, bowiem niejednokrotnie w tekście spotkać można opowieści o Cthulhu. Przyznać trzeba, że nawiązania do okultystycznych praktyk miasta są najciekawszym aspektem powieści, a autorowi nie można odmówić wiedzy. Moim zdaniem zrobił bardzo dokładny wywiad, by możliwie wiernie opisać historię i kulturę tamtego zakątka Ameryki. 

Wydawać by się mogło, że tak skonstruowana powieść wciągnie bez reszty, a jednak w fabułę Cieni Nowego Orleanu ciężko się wgryźć. Książka przepełniona jest dłużyznami, na siłę upychane są fakty historyczne wyjaśniane przypisami. Z reguły informacje te wplecione zostały w dialogi bohaterów, co wybija z rytmu czytania. Akcja i rozmowy prowadzone są dość chaotycznie, co na dłuższą metę jest dość nużące. Nie pomaga nawet wykreowany przez autora klimat, którego powieści nie sposób odmówić. 

Przyznam, że sięgając po tę książkę oczekiwałam większej dawki emocji i niepokoju. Mimo że nie raz i nie dwa porażona zostałam obrazem wszechobecnej brzydoty, okrucieństwa i przemocy, to jednak dłużyzny opisów, a także chaotyczność dialogów i akcji nie pozwoliła mi w pełni wczuć się w prowadzoną historię.


Tytuł: Cienie Nowego Orleanu
Autor: Maciej Lewandowski
Data wydania: 27 lutego 2019
Liczba stron: 360
Wydawnictwo: Uroboros


Recenzja napisana dla portalu bookhunter.pl
Link do recenzji



wtorek, 28 czerwca 2016

Ludzie słyszą to, co spodziewają się usłyszeć, a nie to, co się do nich mówi - "Wykreślone imię" Rhiannon Lassiter



Lubimy się bać. Co więcej, fakt ten potwierdzony został naukowo, jednak jego przyczynę tłumaczy się dwojako. Po pierwsze: jako chęć dodania barw ustabilizowanemu życiu, po drugie: jako uwielbienie uczucia wracania do spokojnego bytu, po chwilowym podniesieniu adrenaliny.  Muszę przyznać, że ciężko mi określić, co mną tak naprawdę powoduje, ale w kwestii strachu się nie wyróżniam. Panicznie boję się horrorów, jednak czasami lubię poczuć dreszczyk przerażenia na plecach, a jeżeli czytany fragment powieści sprawia, że mam wrażenie, iż ktoś czai się za moimi plecami, to jestem w siódmym niebie. Po horrory sięgam dość sporadycznie, jednak Wykreślone imię Rhiannon Lassiter, jakoś od początku przykuło moją uwagę i dało nadzieję na wywołanie ciarek. 

Kat, John, Roley i Cat są przyrodnim rodzeństwem, które za chusteczkę pogodzić się nie może, nad czym ubolewają ich opiekunowie. Naiwni rodzice, mający nadzieję na pogodzenie zwaśnionych potomków, zabierają dzieci na wakacje do domku koło lasu, w którym mieszkała kiedyś, nieżyjąca już matka dwójki z nich. Początkowo sielska wyprawa, przerywana co chwilę kłótniami rodzeństwa, szybko przybiera feralny obrót, przyprawiający czytelnika o gęsią skórkę. Wymuskana Cat znajduje lalkę z pięknymi włosami, o wdzięcznym imieniu Dalila w otoczeniu trzech łysych laleczek – jej trutni. Dodatkowo dziewczyna odkrywa, że domek dla lalek do złudzenia przypomina chatkę,  w której teraz wszyscy przebywają. Kat natomiast znajduje bibliotekę, która ją zachwyca, szybko jednak dokonuje makabrycznego odkrycia – w książkach wykreślono imiona wszystkich pozytywnych bohaterów, a osobą, która to zrobiła, była najprawdopodobniej jej zmarła matka. Roleya prześladują odbijające się w szklanych powierzchniach twarze mimów, tylko John wydaje się nad wyraz spokojny, mimo że jest świadomy czającego się zagrożenia. Dodatkowo w okolicy zaczyna krążyć sąsiadka Alicja oraz bardzo przystojny młodzieniec, zwany Lisem. Tylko w rękach zwaśnionego rodzeństwa leży ochrona swojego bezpieczeństwa i rozwiązanie zagadki czającej się nie tylko w chatce, ale i w pobliskim lesie.

Powieść Lassiter jest pełnokrwistym horrorem. Autorka z wprawą buduje napięcie, zaskakując czytelnika grozą i czającym się na głównych bohaterów niebezpieczeństwem. W trakcie jej czytania, nieraz miałam wrażenie, że coś czai się za moimi plecami, że tak, jak jedna z głównych bohaterek, będę prześladowana przez upiory. Emocjonowałam się historią zawartą w Wykreślonym imieniu do momentu, gdy miała zostać rozwiązana, bo niestety zakończenie powieści okazało się dość trywialne, wskazując jednoznacznie, że książka przeznaczona jest w głównej mierze dla młodzieży.

Bohaterami jest grupa nastolatków w wieku około 15 lat. Ich zachowanie typowe jest dla osób w tym wieku, a autorka postarała się o zróżnicowanie ich charakterów, co szczegółowo widać przede wszystkim na podstawie opisu Cat i Kat. Jedna z nich  jest zakochana w sobie i swoim wyglądzie, jedyne o czym jest w stanie myśleć to ciuchy, kosmetyki i chłopcy, druga zaś jest introwertyczką uciekającą przed realnym życiem w krainę książek. 

Autorce należą się brawa za nawiązanie do historii biblijnych, czy literackich, które niejednokrotnie pojawiają się na kartach powieści. Bardzo lubię, gdy książki młodzieżowe nie są o przysłowiowej d…ie Maryni, tylko w konkretny sposób edukują i poszerzają horyzonty czytelnika.

Mój jedyny zarzut skierowany jest w stronę, momentami zbyt górnolotnych, dialogów, które nijak pasują do języka używanego przez młodzież. Mierzi mnie też zbyt bajkowe i dziwaczne zakończenie, ale nie mnie dyskutować z wyobraźnią pani Lassiter. W końcu nastolatką przestałam być już jakiś temu i przyznaję, że stąd może wypływać moja niechęć. 

Pozwolę się sobie przyczepić jeszcze do korekty książki, czego z reguły nie robię, bo jakoś uważam, że każdemu zdarza się coś przeoczyć (już widzę gromy lecące z oczu wielbicieli skrupulatnego sprawdzania tekstu).  Mam niejasne wrażenie, że powieść nie została takiej korekcie poddana lub sprawdzone zostały jedynie pierwsze strony. Każda kartka roiła się od literówek, dziewczyny wypowiadały się w rodzaju męskim, chłopcy w żeńskim. Takich rzeczy nie robi się czytelnikom, nawet tak nie zwracającym uwagi na błędy jak ja. Serio. Aż mnie oczy bolały.

Wykreślone imię to trzymający w napięciu horror, który ciężko odłożyć, gdy już zacznie się go czytać, nie zraża nawet fakt, że książka gubi gdzieś po drodze to coś, co przyciąga jak magnes i nie pozwala jej odłożyć. Mimo pewnych mankamentów, jestem przekonana, że znajdzie swoich fanów i zdecydowanie wpasuje się jako idealna lektura na wakacje.




Tytuł: Wykreślone imię
Autor:  Rhiannon Lassiter
Tytuł oryginału:  Bad Blood
Tłumaczenie: Jacek Konieczny
Data wydania: 2009
Liczba stron: 336 
Wydawnictwo: W.A.B.




wtorek, 24 maja 2016

Uroki i tajemnice wiejskiego życia - "Dom czarów" James Herbert


O tym, że James Herbert jest brytyjskim królem horroru słyszałam już jakiś czas temu. Nabrałam ochoty na jego powieści, kiedy dowiedziałam się, że jeden z moich ulubionych filmów utrzymanych w takiej stylistyce, tj. Inni, jest ekranizacją książki autora.  Po Dom czarów sięgnęłam bez wahania, mając nadzieję na odrobinę gęsiej skórki.

Powieść zaczyna się dość standardowo. Mike i Midge, dwoje artystów marzących o znalezieniu spokoju, postanawia zakupić dom na odludziu w pobliżu lasu. Szybko okazuje się jednak, że jest on w kiepskim stanie, a cena zaproponowana przez pośrednika znacznie przekracza kwotę, jaką para jest w stanie na niego przeznaczyć. W cudowny sposób pieniądze jednak wpadają w ręce naszych antagonistów, a dom wkrótce staje się ich własnością. Początkowa sielanka jednak nie trwa długo, bowiem Mike i Midge zaczynają słyszeć, widzieć i odczuwać dziwne właściwości domu. Na domiar złego w okolicznym lesie znajduje się siedziba sekty, której przedstawiciele podejrzanie często składają im wizyty.

Po Domie czarów spodziewałam się powieści przepełnionej grozą, wprawiającej w  niepokojący nastrój. Dostałam natomiast książkę bardzo przyjemną w odbiorze, ale raczej bliżej jej do fantastyki, niż do dobrego horroru. Przyznać trzeba, że powieść trzyma w napięciu, a przedstawiona w niej historia, dzięki nucie tajemniczości niezwykle fascynuje. Opisy Herberta są niezwykle plastyczne, pozwalają w łatwy sposób przenieść się w świat przedstawiony, jednak  czytając je ani razu nie poczułam prawdziwego przerażenia, nie czułam oddechu strachu na swoich plecach. 

Narracja powieści prowadzona jest pierwszoosobowo, wydarzenia poznajemy z perspektywy głównego bohatera – Mike’a. Jest on ukazany jako człowiek bardzo sceptycznie nastawiony do świata, co zdecydowanie rzutuje na subiektywny odbiór przedstawianej historii. Jednak nawet bardzo nieufne podejście naszego bohatera do następujących wydarzeń, nie jest w stanie zatrzeć emocji i ciekawości, jakie lektura wzbudza praktycznie z jednej strony na drugą. 

Dom czarów Jamesa Herberta to niezwykle wciągająca i emocjonująca powieść. Zawiedzie się jednak ten, kto oczekuje przerażającego horroru i mrożących krew żyłach opisów, bowiem takich w książce jak na lekarstwo. Warto jednak sprawdzić, co kryje się kryją podwoje tajemniczej posiadłości.  

Tytuł: Dom czarów
Tytuł oryginału: The Magic Cottage
Autor: James Herbert
Liczba stron: 360
Tłumaczenie: Magdalena Niemczuk
Data wydania: czerwiec 2010
Wydawnictwo: Książnica



poniedziałek, 14 marca 2016

Demon

Smętne miasteczko osnute mgłą, wokół pola, łąki i prom, na którym Piotr przybywa na swój własny ślub. Już jego przybyciu towarzyszy płacz kobiety skąpanej po pas w wodzie, wyjącej wniebogłosy. Dziwnie, bo jakoś widok mężczyzny przykuwa jej wzrok i skłania do uciszenia się.

Później, jak to w Polsce bywa, powitanie z przaśnym teściem, biznesmenem – właścicielem kamieniołomu i wyprawa do wiejskiego domku, wychylenie kilku kielonków wódeczki. Niby normalnie, a jakoś tak nieswojo, tak dziwnie, zamiast powitalnego obiadu, jest grzebanie w ziemi i znalezienie kości człowieka. Niezły omen przed weselem. Pan młody postanawia jednak się nie przyznać, bierze ślub, ale nie przypuszcza, że coś jakby nieswój będzie, że majaki przed oczyma się pojawią, że własna małżonka będzie płakać nad jego czynami.

Niby opis znany z wielu filmów, nic nowego, niewyróżniającego się, a jednak Demon zawładnął mną i moją wyobraźnią i to w takim stopniu, że przez kilka dni po obejrzeniu, nie mogłam o nim zapomnieć i dalej zapomnieć nie mogę. Przede wszystkim podkreślenia wymaga fakt, że film nie jest jednoznaczny, nie ma tu wskazania kierunku, rozwiązania fabuły. Pojawiają się drobne elementy, fragmenty składające się w większą całość, ale brak jest klamry spinającej całą fabułę. Otwarte zakończenie pozwala się domyślać historii ukrytej za obrazami wiejskiego wesela, ta jednak jest tak niejednoznaczna, że ciężko doszukiwać się konkretnego rozwiązania, gdy wskazane zostały jedynie drobne poszlaki i dowody zbrodni. 

Demon pełen jest ludowości, poczynając od przepięknych widoków polskiej wsi, poprzez ukazanie obrzędów, na przyśpiewkach kończąc. Pełno w nim nawiązań do kultury i tradycji, nie tylko chrześcijańskiej, bo w głównej mierze występują nawiązania do kultury, tradycji i wierzeń żydowskich, wszak w dawnych czasach, przedwojennych i około wojennych nasz kraj zamieszkiwało wielu przedstawicieli tego narodu.

Wspaniale ukazano dysonans między wiarą, a nauką. Podkreślony został poprzez postacie księdza i lekarza. Wszak to właśnie ksiądz powinien być człowiekiem wiary, a lekarz nauki. Tymczasem to lekarz wskazuje na powiązania między światami, opętanie, gdy ksiądz pozostaje tą zachowawczą, egoistyczną stroną, martwiącą się jedynie o swój realny byt. 

Demon nie jest typowym horrorem, a śmiałabym twierdzić, że jest on raczej mieszanką horroru i filmu obyczajowego i komedii. Przyznać trzeba, że niektóre sceny przyprawiają o gęsią skórkę, inne zaś wywołują salwy śmiechu, głównie poprzez nasycenie ich absurdem i przaśnością. Ukazana została polska małostkowość, wystawność i działanie pod publiczkę. Nie ma znaczenia, że z panem młodym dzieje się coś niedobrego, przecież trwa wesele i nikt nie musi się zorientować, cytując za teściem, że zięć jakiś pieprznięty


Film Marcina Wrony niezwykle mi się spodobał, już dawno żadna z obejrzanych pozycji nie zrobiła na mnie tak dużego wrażenia, nie dała mi tyle do myślenia. Przyznaję, że od dawna zachwycam się naszą ludowością i tradycją, wobec czego fabuła niezwykle przypadła mi do gustu. Dużym plusem było zapoznanie się z kulturą innego narodu, a także przewrotne przedstawienie idei romantyzmu i oświecenia, tak często w produkcji przywoływanych. Niedosyt pozostawiło zakończenie, brak jednoznacznego rozwiązania historii. Obiektywnie jednak oceniając, przyznaję, że właśnie taki zabieg przyczynił się do tego, że film jakoś nie może wyjść z mojej głowy. 

Reżyseria: Marcin Wrona
Czas trwania: 1 godz. 33 min.
Data premiery: 16 października 2015 r.


Film obejrzałam w ramach akcji kultura dostępna w kinach (bilet kosztował jedynie 10 zł). Niektóre z wyświetlanych pozycji pojawiają się cykliczne, możliwe, że tak samo będzie w przypadku Demona.




czwartek, 28 stycznia 2016

Co robimy w ukryciu





Viago, Vladislav, Deacon i Petyr wynajmują razem mieszkanie w kamienicy. Viago ma zamiłowanie do falbaniastych koszul, Deacon lubi spać w szafie, Vladislav uprawiać dzikie orgie, a Petyr czuje się najlepiej zamknięty w sarkofagu w piwnicy. Dziwne? Niekoniecznie, skoro jest się wampirem i wyraziło się  zgodę na nagranie dokumentu o swoim życiu.

Tak mniej więcej przedstawia się scenariusz filmu Co robimy w ukryciu w reżyserii Taika Waititi oraz Jemaine Clementa. Filmu, który zdecydowanie ciężko zaklasyfikować do jakiegokolwiek gatunku. Z reguły obrazy o wysysaniu krwi z ciał ofiar powinny być horrorami. No właśnie – powinny, ale co tu zrobić, gdy takie sceny zamiast straszyć – bawią? Jak tu się nie śmiać, gdy parusetletni wampir rozkłada wokół swojej ofiary gazety, by ta nie zabrudziła sofy w salonie swoim osoczem? Jeśli miałabym określać gatunek to Co robimy w ukryciu wpisałabym w nurt dokumentalizowanego pastiszu horroru zabarwionego czarnym jak smoła humorem.

Poprzez obraz Waitiego i Clementa przewija się gama nieszablonowych bohaterów. Poczynając od wampirów przesadnie pedantycznych i ułożonych, poprzez typową postać wampira średniowiecznego, który wygląda, jakby był członkiem rodziny Addamsów (Nosferatu), a kończąc na wampirach bawidamkach i hulakach. Występują również nawiązania do postaci historycznych – Vladimir jest nikim innym jak Vladem Palownikiem, czyli powszechnie znanym Draculą. Film w sposób prześmiewczy ukazuje zmagania naszych bohaterów z codziennym życiem – ich rozterki, dylematy, pragnienie oraz spotkania, również z przedstawicielami innych ras. 

Muszę przyznać, że tak dziwacznego obrazu nie widziałam, jak żyję. Świadczy to przede wszystkim o tym, że Co robimy w ukryciu jest filmem nieszablonowym, który zdecydowanie zachwyca. Jest powiewem świeżości na smutnej scenie filmów o wampirach i wilkołakach, a twórcom należą się brawa za pomysł nagrania paradokumentu, który wygląda mniej więcej tak, jakby kamera z Paranormal Activity przez pomyłkę znalazła się w mieszkaniu naszych bohaterów.

Obejrzenie Co robimy w ukryciu było dla mnie niekwestionowaną przyjemnością. Film polecam wszystkim poszukującym czegoś nowego w kinie, fanom czarnego humoru i filmów, które ciężko zakwalifikować do jakiejkolwiek kategorii. Przecież właśnie to stanowi o ich wartości. 


Data premiery: 27 lutego 2015 (Polska)
Tytuł oryginału: What We Do In The Shadows
Reżyseria: Taika Waititi, Jemaine Clement
Gatunek: Horror, komedia, pastisz, paradokument

środa, 4 listopada 2015

Pokryjomość życia potrafi wejść w nawyk - John Harding "Siostrzyca"




John Milton powiedział kiedyś: umysł jest swoim własnym panem i sam potrafi niebem uczynić piekło i piekłem niebo. Znaczenie słów tego znanego pisarza idealnie oddaje historia przedstawiona w Siostrycy Johna Hardinga. Książki, którą wybrałam w ramach Halloweenowej nocy czytania

Florencja to dwunastoletnia panienka mieszkająca wraz ze swym bratem Gilesem w gotyckim dworze w Blithe. Na wychowanie i wykształcenie dzieci łoży ich wujek, który po ciężkich przeżyciach damsko-męskich stanowczo zabrania edukacji dziewczynki. Mimo tego udaje jej się posiąść niezwykłą wiedzę, najpierw uczy się czytać, by następnie wręcz pochłaniać treści zawarte w książkach z biblioteki. 


Zachwycona poezją Szekspira dziewczynka postanawia wymyślić własny język, by tak, jak jej ulubiony pisarz bardować język. Swoim wymyślonym słownictwem opowiada historię, jak to określa, utragicznienia guwernantki, panny Whitaker w pobliskim jeziorze oraz wszystkich późniejszych wydarzeń. Dziewczynce, mimo szczerych chęci nie udało się pomóc kobiecie. Na domiar złego, dwór Blithe opuszcza Giles. Florence zostają już tylko książki i towarzystwo Theo, sąsiada piszącego dla niej mierne, acz niezwykle urocze wiersze. Sytuacja odmienia się, gdy do dworu powraca Giles, a wraz z nim pojawia się nowa guwernantka, panna Taylor. Florencja przekonana o tym, że panna Taylor jest wcieleniem panny Whitaker, nieustannie próbuje zdobyć dowody na jej niecne działania. Umysł dziewczynki zaczyna projektować iście gotyckie zagrożenia ze strony nowej guwernantki.

Pierwszoosobowa narracja stopniowo wprowadza w świat Florencji. To z jej perspektywy poznajemy wszystkie wydarzenia, przeżywamy strach, zapoznajemy się z bohaterami. Stąd też przedstawiona historia jest niezwykle subiektywna, ponieważ wszystkie postaci obdarzone są piętnem sympatii i antypatii dziewczynki. Znamienny wpływ na świat przedstawiony ma jej relacja z wypadku panny Whitaker na komisariacie miejscowej policji. 

Siostrzyca to rasowy, trzymający w napięciu horror, trwale zespolony z powieścią psychologiczną. Mamy tu wszystkie znamiona gotyckiej historii: dwór w środku lasu, jego długie i przepastne korytarze, wszechobecne lustra i tajemne miejsca. Harding wnika w umysł Florencji ukazując historię, jaką dziewczynka widzi swoimi oczami. Przedstawia jej uczucia i emocje, co ma znaczący wpływ na zarys fabuły. Autor igra z czytelnikiem, akcja przybiera całkowicie inny obrót, by po chwili powrócić do pierwotnego zarysu. Wątki mieszają się ze sobą w taki sposób, że w pewnym momencie nie jest się już niczego pewnym, a w szczególności jasności umysłu dziewczynki.

Znamienne są też przywoływane przez Florencję lektury, między którymi króluje proza Edgara Allana Poe - mroczna, przepełniona makabrycznymi obrazami na granicy fantastyki i horroru. Takie drobne smaczki idealnie tworzą klimat przedstawionej historii. 

Podkreślić należy też katorżniczą pracę tłumacza, pani Karoliny Zaremby. Język Florencji jest bardzo specyficzny i początkowo trzeba mocno wgryźć się w treść powieści, by wszystkie utragicznienia, odurodzilibienia czy uguwernantkowania nie zamęczyły. Zabieg taki pozwala jednak bardziej zżyć się główną bohaterką i poznać jej, co tu dużo mówić, dość specyficzne upodobania.

Siostrzyca jest powieścią niesamowitą i bezwzględnie wciągającą, zdecydowanie wyróżniającą się na tle innych. Jeśli czegoś można być w niej pewnym, to niedopowiedzeń i wątpliwości, jakie kiełkują w czytelniku, nawet po przeczytaniu ostatniego słowa. 


Tytuł oryginału: Florence and Giles
Liczba stron: 285
Rok wydania: 2010; (w Polsce: 2011)
Wydawnictwo: Dom Wydawniczy Mała Kurka

piątek, 31 lipca 2015

Dziewczyna, która nie chciała umrzeć i morderca, który nie powinien żyć - Lauren Beukes "Lśniące dziewczyny"

Kiedy sięgnęłam po Lśniące dziewczyny, początkowo pomyślałam: co ja wypożyczyłam? W życiu nie przebrnę przez tę książkę. Dłużyły mi się opisy, mieszały wątki, irytował ordynarny język Harpera, jednego z bohaterów. Dosłownie wszystko było nie tak. Całe szczęście, po kilku rozdziałach moje zdanie o niej się zmieniło. Fabuła wciągnęła mnie bez reszty, żywe dialogi sprawiały, że powieść czytało się łatwo, a opisy przedstawiające bohaterów pozwalały zżyć się praktycznie z każdym z nich. 

Szczególnie przypadła mi do gustu główna bohaterka Kirby Mazrachi, która stała się niedoszłą ofiarą morderstwa. Razem z dziewczyną próbowałam dociec szczegółów zbrodni,  połączyć ze sobą pozornie niepasujące elementy układanki. Osobowość Kirby została wyraziście nakreślona, a sama bohaterka przedstawiona jako silna kobieta, która mimo tego, że jej życie legło w gruzach, po tym jak udało jej się przeżyć próbę zabójstwa, stara się  żyć dalej. Co prawda nieustannie próbuje  odgadnąć, kto mógł być jej niedoszłym mordercą, ale stara się normalnie funkcjonować.

Ciekawym zabiegiem jest ukazanie różnych dziesięcioleci XX wieku, ich klimatu i odmiennych kobiet żyjących w każdym z tych czasów, dla których wspólnym mianownikiem jest właśnie Dom i Harper. 

Podczas czytania podziwiałam autorkę za ogrom pracy jaki włożyła, 
by jak najbardziej przybliżyć atmosferę panującą w trakcie podróży w czasie. Niepokoiło mnie natomiast przedstawienie mordercy. Lauren Beukes bardzo dokładnie oddała jego zaburzenia psychiczne, agresję, brak skrupułów. Zrobiła to w taki sposób, że momentami ciarki przechodziły mi plecach. 

Trzeba mieć  na uwadze, że książka jest bardzo brutalna, a opisy morderstw mogą przerazić wrażliwsze osoby.

Muszę przyznać, że „Lśniące dziewczyny” to dla mnie jedna z lepszych powieści,  jakie miałam okazję przeczytać ostatnimi czasy i na pewno sięgnę po "ZOO city" jak tylko będę miała okazję.





Polecam obejrzeć też filmową zapowiedź książki.