wtorek, 7 kwietnia 2020

Powrót do Gileadu - "Testamenty" Margaret Atwood

Margaret Atwood kazała czekać na powrót do Gileadu ponad trzydzieści lat. Autorka była nieustannie proszona o opowiedzenie dalszej części wykreowanej przez siebie tragicznej historii i ciągle odmawiała. Jednak, jak sama twierdzi, postanowiła wrócić do stworzonego przez siebie literackiego świata, ponieważ uważa, że świat zamiast oddalać się od stworzonego przez nią fikcyjnego państwa, niebezpiecznie się do niego przybliża. Ten powieściowy powrót został okrzyknięty jednym z największych wydarzeń minionego roku, a Atwood otrzymała Bookera.

Akcja Testamentów rozgrywa się piętnaście lat po wydarzeniach opisanych w Opowieści Podręcznej. Tym razem swoje historie opowiadają trzy różne osoby: mieszkające w Gileadzie Agnes i ciotka Lidia oraz przebywająca w Kanadzie Daisy. Z perspektywy każdej z nich możemy obserwować okrucieństwo państwa funkcjonującego według wyrwanego z kontekstu cytatu biblijnego. Bohaterki skupiają się także na wyjaśnieniu przyczynowości zdarzeń, jako czytelnicy mamy okazję poznać genezę powstania tego kraju przemocy, czyli informacji jakich zabrakło w Opowieści Podręcznej

Nie da się ukryć, że świat z zapartym tchem czekał na Testamenty dzięki wielkiej popularności jaką zdobył serial wyprodukowany przez HBO na podstawie poprzedniej powieści autorki. Moim zdaniem książka ta ma być też swoistym rozliczeniem autorki z historiami bohaterów przedstawionymi właśnie w tej filmowej wersji. Zupełnie mnie nie dziwi, że Atwood na tapet wzięła ciotkę Lidię, bo jej przeszłość ukazana w filmie była, delikatnie mówiąc, kuriozalna. 

Autorka w dalszym ciągu przeraża swoją wizją, wywołuje ciarki opisując działanie patriarchalnego państwa, w którym kobiety stanowią jedynie marne tło dla mężczyzn. Szczególnie widać to w rozdziałach dotyczących Agnes. Dziewczyna opowiada w jaki sposób szkolone są już małe dziewczynki, że wpajane jest im posłuszeństwo i podległość wobec mężczyzn. Dziewczyna wręcz się ich boi, uważa za rozpustne zwierzęta, ale kiełkuje w niej przekonanie, że to ona zawiniła, jeśli jakiś dopuściłby się wobec niej lubieżnych czynów. Dodatkowo przeraża wiedza przekazywana w szkole. Dziewczęta są uczone prac domowych, sprzątania, haftowania, ciotki wmawiają im, że mają mniejsze mózgi niż mężczyźni, dlatego nie są zdolne pojąć wszystkiego. 

Margaret Atwood powróciła w wielkiej formie. Poetyckim językiem opisała okrucieństwo państwa, w którym rządzi nadmierna dewocja. Po raz kolejny stworzyła opowieść o świecie pełnym zakłamania, gdzie skrywane są prawdziwe pragnienia, a ludzi przymusza się do pełnienia narzuconych im ról. To powieść wypełniona bólem i cierpieniem, niezwykle ważna, skłaniająca do przemyśleń i pozostająca na długo, o ile nie zawsze, w głowie. 


Tytuł: Testamenty
Tytuł oryginału: The Testaments
Autor: Margaret Atwood
Tłumaczenie: Paweł Lipszyc
Data wydania (Pl): 26 lutego 2020
Liczba stron: 464
Wydawnictwo: Wielka Litera


Recenzja napisana dla portalu bookhunter.pl






Tę oraz inne powieści znajdziecie w księgarni internetowej gandalf.com.pl



niedziela, 5 kwietnia 2020

Płynąc z nurtem - "Była sobie rzeka" Diane Setterfield



Są takie opowieści, od których nie sposób się oderwać już od pierwszej strony. Historie porywające niczym nurt rzeki, wciągające jak jej prąd. Taką książką jest Była sobie rzeka Diane Setterfield. Autorka od początku łapie czytelnika za rękę, wciąga go w wir niespotykanych wydarzeń, wodzi za nos i przeciąga przez most do stworzonego przez siebie świata.

W gospodzie w Radcot dochodzi do niecodziennego zdarzenia. Nagle w drzwiach pojawia się przemoczony mężczyzną trzymający w ramionach dziewczynkę. Malutka jest martwa i wszyscy nad nią boleją, gdy ta nagle ożywa. Dziecko wydaje się zdrowe, jest jednak nieme, więc nie może odpowiedzieć na zadawane pytania. W Radcott zjawiają się za dwie rodziny twierdzące, że znaleziona dziewczynka jest częścią ich familii. Tak rozpoczyna się ciąg niezwykłych i magicznych zdarzeń. 

Była sobie rzeka jest niczym opowiadana w gospodzie gawęda, baśń podawana z ust do ust. Jej wersje nieco się różnią, ale ma wiele elementów wspólnych. Nie da się ukryć, że dużą rolę odgrywa przytoczona w powieści legenda o Cichym, ojcu który przywrócił swoje dziecko do życia sam zaprzedając swoją duszę. Duże znaczenie ma też czas, w którym rozpoczęła się akcja: 
To była najdłuższa noc w roku, noc zimowego przesilenia. (...)Jak wiadomo, gdy wydłużają się księżycowe godziny, ludzie odstępują od regularności swych mechanicznych zegarów. Zapadają w drzemkę w środku dnia, śnią na jawie i leżą z otwartymi oczami w nieprzeniknionych ciemnościach nocy. To czas magii. Kiedy granica między dniem i nocą rozciąga się i zaciera, to samo dzieje się z granicą między światami. Sny i opowieści mieszają się z rzeczywistością, żywi i umarli ocierają się o siebie, przychodząc i odchodząc; przeszłość zbiega się i przenika z teraźniejszością. 

Historia dziewczynki przyniesionej do gospody nieustannie krąży wśród mieszkańców, daje im temat do plotek i wymiany zdań. Jest niczym Tamiza zwalnia, przyspiesza, jej istotą jest ruch. Ta opowieść napędza akcję, chociaż muszę przyznać, że miejscami jest zwyczajnie przegadana. Powieść Setterfield napisana jest w nurcie realizmu magicznego. Tutaj prawda miesza się z fikcją, jawa ze snem, świat romantyczny ze szkiełkiem i okiem. Tylko nieliczni bohaterowie dostają szansę dostrzeżenia tego, co dla innych pozostaje niewidoczne. Bohaterowie są różnorodni, w dobrych domach czai się zło, w złych odnaleźć można iskierkę dobra. To przede wszystkim opowieść o pragnieniach, o tym, że nie zawsze to co postrzegamy za swój celem do końca nim pozostanie. To rozważania na temat życzeń z jednoczesnym bolesnym uświadomieniem wszystkich rzeczy, jakich nie można mieć. 

Była sobie rzeka wciągnęła mnie niczym nurt Tamizy. Ta powieść mnie oczarowała i porwała do świata za mostem, do gospody i niecodziennych bohaterów. Pokochałam pióro i piękny język jakim posługuje się autorka. Czytajcie, ufam że zauroczycie się tak samo jak ja. 



Tytuł: Była sobie rzeka
Tytuł oryginału: Once Upon a River
Autor: Diane Setterfield
Tłumaczenie:
Data wydania (Pl):
Liczba stron:
Wydawnictwo: Albatros



Recenzja napisana dla portalu Bookhunter.pl



sobota, 28 marca 2020

Wśród wichury - "Zbieranie kości" Jasmyn Ward




Huragan Katrina nawiedził zatokowe wybrzeże Stanów Zjednoczonych w 2005 roku i został zakwalifikowany jako jedna z najsilniejszych i najbardziej niszczycielskich wichur z jakimi zmagało się to państwo, bowiem prędkość wiatru przekroczyła 250 km/h. Jasmyn Ward uczyniła to wydarzenie tłem, by przedstawić historię Esch i jej rodziny.

Główna bohaterka to dziewczyna pochodząca z biednej czarnoskórej rodziny. Ona i jej bracia wcześnie stracili matkę, ojciec od czasu śmierci żony pije, a dzieciaki próbują połączyć koniec z końcem i same zadbać o swój byt. Wydarzenia rozgrywające się w powieści obejmują 11 dni poprzedzających pojawienie się huraganu oraz dzień 12 ukazujący, co się wydarzyło już po jego przejściu.

W powieści Ward zjawiska atmosferyczne schodzą jednak na dalszy plan. Przede wszystkim książka skupia się na Esch i jej przeżyciach. Nastoletnia dziewczyna dowiaduje się, że jest w ciąży i ma mętlik w głowie. Dodatkowo w posesji szczeni się suka jej brata Skeetah i wiele wątków kręci się wokół psów. To właśnie zachowanie Chiny, matki szczeniąt, w dużej mierze zmusza Esch do rozmyślań nad istotą skrywanego przez nią sekretu. Dziewczyna dywaguje nad  życiem swojej rodziny sięgając do śmierci matki poprzez pomoc w wychowywaniu braci i ślepe poszukiwanie miłości i akceptacji poprzez stosunki płciowe.

Zbieranie kości to powieść pełna brudu Nie tylko tego zewnętrznego, namacalnego, ale i psychicznego, czającego się w umysłach jej bohaterów. To historia ukazująca drastyczne sceny, problemy z jakimi muszą mierzyć się nastolatki, u których w domu się nie przelewa. Dzieciaki kradną, urządzają nielegalne walki psów, inicjację seksualną przechodzą w bardzo młodym wieku. To wszystko sprawia, że człowiek zaczyna się zastanawiać, gdzie podziało się ich rodzice, jakikolwiek nadzór.

Początkowo nadejście huraganu jest jedynie tłem do wszystkich wydarzeń. Na pierwszym planie, tak jak pisałam już wcześniej, opisane zostały emocje Esch oraz wydarzenia bezpośrednio mające z nią związek. Im bardziej narasta siła wiatru, tym mocniejsze uczucia targają bohaterami. Wydarzenia stają się momentami krwawe, dramatyczne. Autorka ukazała je bardzo realnie, bez owijania w bawełnę. Sporo tu scen krwawych i drastycznych.

Wydawać by się mogło, że książka ma jedynie negatywny wydźwięk. Bohaterowie poddawani są coraz to nowym, tragicznym przeżyciom. Jednak tak nie jest, bo autorka pokazuje, że nawet w najczarniejszym momencie można znaleźć wsparcie i zrozumienie, trzeba się tylko uważnie rozejrzeć.

Zbieranie kości to przejmująca opowieść o zagubieniu i poszukiwaniu miłości oraz akceptacji. To historia pokazująca, że nawet w najgorszych chwilach możemy znaleźć oparcie, nawet gdy wydaje nam się, że straciliśmy wszystko.

Tytuł: Zbieranie Kości
Tytuł oryginału: Salvage the Bones
Autor: Jesmyn Ward
Tłumaczenie: Jędrzej Polak
Data wydania (Pl): 11 marca 2020
Liczba stron: 366
Wydawca: Wydawnictwo Poznańskie



Recenzja napisana dla portalu bookhunter.pl
Link do recenzji
Za ksiązke dziękuje Wydawnictwu Poznańskiemu

piątek, 27 marca 2020

Przerwane tony


Pióro Gai Kołodziej zauroczyło mnie już od pierwszych stron Kalejdoskopu wspomnień, który był pierwszą jej powieścią, jaką miałam okazję przeczytać. Także Złodziej stulecia zrobił na mnie duże wrażenie. Kiedy więc dostałam propozycje recenzji Przerwanych tonów, nie mogłam sobie odmówić sięgnięcia po kolejną powieść jednej z moich ulubionych autorek.


Główna bohaterką jest Liliana mieszkająca ze swoją matką od czasu rozwodu rodziców. Dziewczyna nie cierpi swojego ojca, ale zgadza się przyjechać do jego rezydencji, gdy zostaje uprowadzony jej brat. Dziewczyna po cichu liczy na rodzinne pojednanie, jednak jej ojciec postanawia traktować ją jak powietrze. Dni Liliany wypełniają przygotowania do uroczystych kolacji i zamartwianie się o brata. Do czasu, gdy sama staje się ofiarą okrutnego planu.

Tak jak wspomniałam już wcześniej, bardzo cenie pióro Gai Kołodziej, jej historie potrafią mnie wciągnąć już od pierwszej strony, by od razu poczuć więź z bohaterami. Tym razem jednak nie poczułam tej chemii. Główny wpływ miało na to miejsce akcji. Przyznam, że w wielkiej rezydencji ojca Liliany czułam się równie nieswojo jak jego córka. Przytłoczył mnie blichtr, wystawne kreacje, ciemne interesy i porwania. Autorka tym razem postawiła na stworzenie powieści poniekąd sensacyjnej, zahaczającej o porwania i porachunki spod ciemnej gwiazdy.

W dalszym ciągu uważam jednak, że Gaja Kołodziej o uczuciach potrafi pisać jak nikt inny. W Przerwanych tonach opisuje nie tylko te łączące mężczyznę i kobietę, uświadamianie sobie zakochania, ale rownież toksyczność relacji rodzice - dzieci. Historia ta to w dużej mierze opowieść o ludziach skrzywdzonych przez najbliższych, o ludziach zaniedbanych pod względem miłości rodzicielskiej, osobach nieustannie łudzących się, ze mogą coś w tej relacji znaczyć. 

Absolutnie nie twierdzę, że Przerwane tony to zła książka, bo tak nie jest. Tym razem powieść jednej z moich ulubionych autorek po prostu nie przypadła mi do gustu. Pogubiłam się we wszechobecnym blichtrze, życiu wśród ochroniarzy. Jestem jednak przekonana, że powieść ma szansę zdobyć wiele zauroczonych nią czytelników. 

Tytuł: Przerwane tony
Autor: Gaja Kołodziej
Data wydania: 20 lutego 2020
Liczba stron: 304
Wydawnictwo: Lucky

czwartek, 20 lutego 2020

"Wojna, którą w końcu wygrałam" Kimberly Brubaker Bradley

Wojna, która ocaliła mi życie zachwyciła nie tylko książkowych krytyków, ale również moją skromną osobę, stając się jedną z najważniejszych i najlepszych książek, jakie przeczytałam w życiu. Kiedy tylko dowiedziałam się, że drugi tom tej powieści został wskazany przez Książki. Magazyn do czytania jako jedna z najlepszych powieści dla dzieci i młodzieży 2019 roku, wiedziałam że muszę poznać dalsze losy Ady i jej brata Jamiego. Przyznam jednak, że odczuwałam lekką obawę, czy autorka napisze równie dobra kontynuację, w końcu poprzeczkę zawiesiła bardzo wysoko.

Wojna, którą w końcu wygrałam okazała się ostatecznie fantastycznym dalszym ciągiem. Już po lekturze pierwszych rozdziałów, byłam przekonana że książka będzie zawierała równie wartościową treść, co tom pierwszy. Życie naszej głównej bohaterki, zmienia się diametralnie, gdy stopa Ady zostaje zoperowana. Dziewczynka nie może uwierzyć, że jest w stanie normalnie chodzić, a nawet biegać. Jej wyczyny budzą ogólną radość i podziw najbliższych jej osób. Ada wraz z Susan i Jamiem wprowadza się do nowego domu, a po jakimś czasie, ze względu na działania wojenne, dołącza do nich lady Thorton. Dodatkowo w ich progach zamieszkuje Ruth, internowana Niemka pochodzenia żydowskiego.

Wydawałoby się, że Ada odnalazła swoją drogę i namiastkę miłości w ramionach Susan. Okazuje się jednak, że dziewczynka w dalszym ciągu pozostaje zagubiona w swoich uczuciach i emocjach. Operacja czyni z niej dużo sprawniejszą osobę. Jednak gdy na drodze dziewczynki stają nowe osoby, ta panicznie boi się przyznać, że kiedyś miała szpotawą stopę. Nie chce być postrzegana jako kaleka, a wydźwięk tego słowa, nieustannie krąży gdzieś w jej myślach. Mimo że Ada nie ma już fizycznego kontaktu z matką ( nie będę tutaj zdradzać czemu, bo zniszczyłoby to przyjemność z odkrywania tej historii) to ta ciągle zamieszkuje jej myśli i duszę. Autorka dobitnie nakreśliła, jak wielką krzywdę  można wyrządzić dziecku brakiem miłości i wsparcia. Pokazała jak krucha jest psychika młodego człowieka, który praktycznie całe życie pozbawiany był poczucia własnej wartości, który przez osobę najbliższą nazywany był potworem. Matka wtłoczyła Adzie do głowy, że nie jest nic warta ze względu na jej wygląd, ułomność jej stopy. Ukrywała ją przed światem, znęcała się nad nią z tego powodu. Dziewczynce zatem trudno uwierzyć w zapewnienia nowych osób o jej wartości, boi się zaufać Susan, która ma serce na dłoni i chce dla niej jak najlepiej. Ada ciągle z dystansem podchodzi do nowych relacji, nie potrafi do końca kontrolować swoich emocji. Przez złe traktowanie w przeszłości jest zgorzkniałym dzieckiem.

Kolejnym istotnym wątkiem jest ten dotyczący Ruth. Dziewczyna pochodzi z Niemiec, zatem z miejsca zostaje napiętnowana jako szpieg. Nie pomagają tłumaczenia, że jest Żydówką. Nie tylko dorośli spoglądają na dziewczynę z podejrzliwością, czynią to również dzieci. Postać Ruth jest także podstawą do ukazania wątku dotyczącego religii. Ada uczy się czym jest judaizm, zaczyna pojmować odrębności, możliwość wolnego wyboru wiary. Dziewczynce trudno okiełznać jej istotę, chwilami myśli, że ich miasteczkowy pastor mógł kłamać twierdząc, że Jezus jest Bogiem, skoro Ruth uważa inaczej. Postać dziewczyny także stanowi podwaliny do poszerzania wiedzy Ady o wojnie. W pierwszym tomie stanowiła ona zaledwie tło wydarzeń, nie była najistotniejszym ich elementem, chociaż dzięki jej wybuchowi zmieniło się życie dziewczynki, co zaskakujące, na lepsze. Tutaj natomiast wchodzimy już w pewne niuanse, wojna staje się namacalne, a życie podczas niej się zmienia. Produkty żywnościowe są reglamentowane, Hitler panoszy się wśród państw Europy, a dzieci starają się zrozumieć, czemu Żydzi stali się znienawidzoną przez niego nacją.

Wojna, którą w końcu wygrałam to poruszająca wiele istotnych kwestii, wielowątkowa powieść dla dzieci, którą powinien przeczytać każdy dorosły. To przede wszystkim historia tolerancji. To powieść ukazująca, że warto być dobrym dla innych, ale również dla samego siebie. To książka pokazująca, że warto zaakceptować swoje wady i przywary, że nie wolno się wstydzić swojego ciała i poglądów. To także opowieść o wybieraniu dobra, o uczeniu się akceptowania inności, o przyzwoleniu na różnorodność i życie według własnych zasad.

Kimberly Brubaker Bradley po raz kolejny rozkochała mnie w swojej powieści. Drugi tom oczarował mnie nie mniej niż pierwszy. Zupełnie się nie dziwię, że książka została określona jedną z najważniejszych powieści zeszłego roku. Ją trzeba po prostu przeczytać, niezależnie od wieku. Szczególnie, gdy jest się rodzicem, powieść powinna być lekturą obowiązkową.

Tytuł: Wojna, którą w końcu wygrałam
Tytuł oryginału: The War I Finally Won
Autor: Kimberly Brubaker Bradley
Tłumaczenie: Marta Bręgiel-Pant
Data wydania (Pl): 2019
Liczba stron: 384
Wydawca: Wydawnictwo Entliczek



Recenzja napisana dla portalu bookhunter.pl




Tę oraz inne powieści dla dzieci i młodzieży znajdziecie w księgarni internetowej gandalf.com.pl

poniedziałek, 17 lutego 2020

Dziennik napisany w obozie - "Stacja końcowa Auschwitz" Eddy de Wind



Przyznam, że jestem jedną z tych osób, które drażni najnowszy trend literacki, czyli powieści obozowe. Mam wrażenie, że po sukcesie Tatuażysty z Auschwitz każdy chce napisać bestseller osadzony w tym okrutnym miejscu. Dlatego jedyną książka obozową, na jakiej lekturę zdecydowałam się w tym czasie jest Stacja końcowa Auschwitz Eddiego de Winda, bowiem są to wspomnienia autora spisane jeszcze podczas pobytu w obozie.

Eddy de Wind był holenderskim lekarzem pochodzenia żydowskiego. Mężczyzna początkowo przebywał w obozie w Westerbroku, później wraz z żoną został zesłany do Auschwitz. Doświadczył wiele zła na każdym kroku, obserwował przemoc i wyzysk. Po wojnie często zastanawiał się, co sprawiło, że akurat on przeżył. Eddy'ego charakteryzowała bardzo dużą determinacja, dodatkowo motywowała go jego żona w potajemnych listach i podczas przelotnych spotkań. Po wojnie Eddy wyspecjalizował się w psychiatrii i pomagał osobom z syndromem poobozowym.

Jako że dziennik został spisany w trakcie pobytu autora w obozie, to jest napisany dosyć chaotycznie i przyznam, że dziwiło mnie, że napisany został w trzecioosobowej narracji. Głównym bohaterem książki jest Hans, alter ego Eddy'ego. W książce występują też inne postaci, znani zbrodniarze, chociażby Josef Mengele (autor jednak nie wymienianego z nazwiska). Dziennik de Winda przedstawia wydarzenia takimi, jakimi były, bez upiększania, bez zmiany pod wpływem faktów, które wypłynęły na światło dzienne już po wojnie.

Stacja końcowa Auschwitz to z pewnością istotna książka dla wszystkich, którzy chcieliby dowiedzieć się więcej o obozie. Mnie jednak trochę zabrakło wstępu i przypisów, które wytłumaczyłby pewne sytuacje w trakcie lektury. Rolę takiego informatora czyni posłowie, trochę szkoda, że dopiero na koniec poznałam pewne fakty, które z pewnością ułatwiłyby mi lekturę i przybliżyły sylwetkę Hansa.



Tytuł: Stacja końcowa Auschitz
Tytuł oryginału: Eindstation Auschwitz
Autor: Eddy de Wind
Tłumaczenie: Iwona Mączka
Data wydania (Pl): 15 stycznia 2020 
Liczba stron: 288
Wydawca: Wydawnictwo W.A.B.

piątek, 31 stycznia 2020

Recenzja przedpremierowa- "I żyli długo i szczęśliwie" C.C.MacDonald



Domestic thriller to jeden z moich ulubionych gatunków. Uwielbiam zaglądać za drzwi mieszkań bohaterów, wnikać w ich codzienne sprawy, odkrywać tajemnice pozornie normalnego życia. Gdy więc dane mi bylo przedpremierowo przeczytać I żyli i szczęśliwie  C.C.Macdonalda, nie zastanawiałam się ani chwili.

Naomi i Chris wraz z córeczką Prue wyprowadzili się do nadmorskiej miejscowości, gdzie remontują swój pierwszy wspólny dom. Bezskutecznie starają się o drugie dziecko, coraz częściej dochodzi między nimi do kłótni i spięć. Naomi nie chce rozmawiać ze swoim mężem, tematykę go przedmiotowo, czuję się samotna w związku. W końcu ulega Seanowi, ojcu kolegi Prue, poznanemu w żłobku. Nagle okazuje się, że jest w ciąży. Nie wie jednak kto jest ojcem dziecka. Tymczasem w domu i jego otoczeniu zaczynają dziać się niepokojące rzeczy.


Powieść w  naszej głównej mierze stanowi przemyślenia głównej bohaterki, mało tutaj mrożącej krew w żyłach akcji i motywów rodem z thrillera. Autor nakreślił losy rodziny, która pod płaszczykiem idealności i bogactwa skrywa dysfunkcyjność i liczne pęknięcia. Jednak moim zdaniem portrety bohaterów zostały dobrze przygotowane. Osobiście lubię zaglądać do ludzkiego umysłu, zadziwiać się w jaki sposób może funkcjonować. Zadziwiało mnie jak szybko postaci wyzbywamy się wyrzutów sumienia, odrzucały cenione na co dzień wartości, czuły się nieszczęśliwe z błahych powodów. Z fascynacja wnikałam w umysły postaci tak różnych ode mnie, odrzucających wartości, które ja na co dzień stawiam na piedestale.

 MacDonald udowodnił, że potrafi budować zastanawiające postaci. Co prawda, już dawno nie spotkałam się z tak irytującą główną bohaterką, jednak prawdopodobnie chęć zrozumienia jej postępowania pchała mnie do przewracania kolejnych stron.
Naomi bowiem to kobieta skupiona jedynie na sobie i swoich planach, nie bacząca  na nikogo, mimo bycia matką i żoną. Wymyśliła sobie życie, datę ślubu, datę zajścia w ciążę, datę urodzin dzieci. Nieustannie czepia się męża, gdy za mało pracuje jest źle, gdy za dużo też jest źle. Przyznam, że facet ma stalowe nerwy albo po prostu lubi być popychadłem. Dobitnie o charakterze Naomi świadczą słowa jej męża, gdy ten traci w pewnym momencie rezon:


Robię to dla rodziny, jakiej chciałaś, którą dostałaś dokładnie wtedy, kiedy chciałaś, ponieważ cały świat zapadłby się w sobie, gdyby Naomi nie dostała dokładnie tego, czego chce, dokładnie wtedy, kiedy chce, niezależnie od tego czy diablo wezmą moją karierę, czy nie.

Przyznaję, że dość długo zajęło mi wciągnięcie się w fabułę, jednak kiedy już się to stało, książkę czytało mi się dobrze i byłam ciekawa ostatecznego rozwiązania, które uważam za satysfakcjonujące. Ostatecznie uważam, że to niezła powieść, szczególnie dla czytelnika lubujacego się w powieściach obyczajowych i psychologicznych.

Tytuł: I żyli długo i szczęśliwie
Tytuł oryginału: Happy Ever After
Autor: C.C. MacDonald
Tłumaczenie: Monika Bukowska
Data wydania (Pl): 12 lutego 2020
Liczba stron: 408
Wydawnictwo: Otwarte