środa, 2 grudnia 2015

Planowany stosik grudniowy




Nie mogę wyjść z podziwu jak szybko minął mi ten rok. Pozwalam sobie czuć świąteczną atmosferę, na którą zdecydowanie nie miałam ochoty. Akcje wymiankowe i wszędobylskie świąteczne bibeloty zmieniły moje nastawienie już chyba na dobre. Cieszy też, że przede mną parę dobrych lektur, hoł, hoł, hoł :)

                         

Nie czytałam nic Kinga. Przyznaję się bez bicia. Ponoć „Pan Mercedes” nie jest do końca Kingowy i wyróżnia się na tle jego książek. Mam nadzieję, że przypadnie mi do gustu.


                        

Do przeczytania został mi ostatni tom rodzinnej sagi. Przez ostatni czas nie mogłam się zebrać, żeby ją dokończyć, mimo że bardzo podobały mi się dwie pierwsze części. Z niecierpliwością czekam na rozwiązanie zagadki wykopalisk i dalsze losy przesympatycznych bohaterów. 



                        

Takie moje małe zboczenie, ale raz na jakiś czas lubię przeczytać książkę o czarownicach. Jedne podobają mi się bardzo, inne wcale. Z Elyrią było tak, ze urzekła mnie okładka i nie mogłam sobie odmówić wypożyczenia jej. Historia dość sztampowa: 18-latka zyskuje nadprzyrodzone moce, które ciężko jej okiełznać. Dowiaduje się dodatkowo, że jej imię można odczytywać w języku elfów, a ona przeznaczona jest do wyższych celów, niż zwykłe stąpanie po tym łez padole. 

                       


Kolejna część jednej z moich ulubionych młodzieżowych sag. Podobno bardziej krwawa i poważna niż pozostałe. Mam nadzieje, że autorka utrzyma poziom i będzie się czytało tak wspaniale, jak poprzednie części. 

                     


Jane Austen to jedna z moich ulubionych autorek. Nie mogłam wiec sobie odmówić wypożyczenia powieści o niezwykle przekornym tytule „Śmierć przybywa do Pemberley”.  Książka reklamowana jest jako powieść, w której pełno intryg, zawiści, zazdrości i rozczarowania. Poza tym jestem ciekawa kto okaże się ofiarą mordercy i czy warto tworzyć takie książki o bohaterach Jane Austen, mimo że ona sama nieprzyjemnych tematów poruszać nie chciała, stwierdzając: Niechaj inne pióra rozwodzą się nad występkiem i nieszczęściem.




                       

O tej książce pisałam już jakiś czas temu i miałam ją w planie przeczytać, ale nie wyszło. Całe szczęście zostałam zaproszona do udziału w akcji KSIĄŻKOMANIA - TROPEM CHOROBY i teraz mam motywację, by się za nią zabrać. Póki co słyszałam o niej same dobre opinie. 



sobota, 28 listopada 2015

Nina George "Lawendowy pokój"



Na książkę Niny George miałam ochotę już od dawna. Pomysł na powieść, gdzie księgarnia pełni funkcję apteki literackiej, a jej właściciel niczym farmaceuta, wręcza swoim klientom książki, które mają im pomóc na różne dolegliwości, po prostu mnie zachwycił. Kiedy w końcu wpadła w moje łapki, od razu rozpoczęłam lekturę.

Jean Perdu prowadzi w Paryżu księgarnię zwaną Apteką literacką, gdzie sprzedaje strudzonym czytelnikom książki mogące im pomóc na życiowych zakrętach.  Mimo tego że diagnozuje rozterki klientów, sam nie może uporać się ze swoimi bolączkami. Księgarz bowiem kocha za mocno i nie potrafi zapomnieć o kobiecie, która porzuciła go dwadzieścia pięć lat wcześniej. Jego sytuacja ulega zmianie, gdy na prośbę klientek, daruje porzuconej przez męża Catherine stare biurko. Kobieta znajduje w nim dawno zapomniany list i wymusza na księgarzu, by ten go przeczytał. Targany emocjami Perdu wsiada na swoją księgarską barkę i wyrusza na morze. W tej wyprawie towarzyszy mu młody, niezwykle znany, ale też bardzo zagubiony we własnych uczuciach młody pisarz.

W tym właśnie momencie historia osiąga kulminację, a później już stacza się po równi pochyłej. Początkowo ciekawa i intrygująca powieść przeradza się w nudną i oderwaną od rzeczywistości. Poczynając na postaciach, a kończąc na tle i opisach.

W powieści Niny George zabrakło mi elementu, którego zawsze poszukuję w czytanych przeze mnie książkach - emocji. Wszystkie uczucia bohaterów przedstawione zostały tak płasko i nierealnie, że często nawet nie miałam ochoty o nich czytać. Możliwe że duży wpływ na taki stan rzeczy miały wszechobecne mądrości i filozoficzne teksty, przewijające się niemal przez każdą kartkę. Normalni ludzie tak nie mówią. Nawet kiedy zostali pokrzywdzeni przez los, czy nie umieją pogodzić się ze stratą. Co więcej, takie pseudofilozoficzne teksty wkładane w usta bohaterów, zamiast zostać w pamięci, szybko ulatują z pamięci, a całość ostatecznie wydaje się karykaturalna.

Muszę przyznać, że także postaci nie przypadły mi do gurtu. Potrafię wymienić te, które otaczały Perdu w Paryżu, natomiast przedstawione później rozmywają się i mimo swojej oryginalności, nie są w stanie zaciekawić swoją osobowością.

Lawendowy pokój zapowiadał się fantastycznie, bardzo więc żałuję że tak szybko przerodził się w powieść, która w żaden możliwy sposób nie była mnie w stanie zaintrygować i wręcz męczyło mnie czytanie jej. Wielka szkoda, że autorka nie pozostała wierna początkowo przedstawionej przez siebie historii, a zdecydowała się wybrać powieść drogi, która miała ukazać przemiany charakteru głównego bohatera, co poniekąd się udało. Niestety ze szkodą dla intrygującej historii ukazanej na początku. 




Tytuł oryginału: Das Lavenderzimmer
Liczba stron: 344
Wydawnictwo: Otwarte


wtorek, 24 listopada 2015

Jak otrząsnąć się po śmierci - Broadchurch - sezon 2


Wydawałoby się, że żywot wszystkich kryminałów kończy się w momencie znalezienia mordercy. Bardzo rzadko podjęte zostają dywagacje na temat dalszego losu bohaterów, czy też skazania winnego. A przecież w normalnym świecie odbywają się procesy sądowe, bliscy ofiary próbują dojść do siebie po okrutnych wydarzeniach. Wątek taki zostaje podjęty przez scenarzystów serialu Broadchurch, którzy pokazują, że proces sądowy może być równie ekscytujący, co poszukiwania mordercy.

Broadchurch zastajemy w żałobie po niedawnym pogrzebie Danny’ego. Mieszkańcy oczekują już tylko skazania winnego, gdy tymczasem zostaje przeprowadzony proces sądowy. Na jaw wychodzą nowe, do tej pory skrzętnie ukrywane wydarzenia. Historia przedstawiona w drugim sezonie składa hołd powiedzeniu: nigdy nie jest tak źle, by nie mogło być gorzej. Z nieprawdopodobnym wręcz współczuciem ogląda się losy rodziny Danny'ego, która przecież doznała już tak wielu cierpień.


Oprócz dobrze znanych bohaterów, rodziny Danny’ego, komisarza Aleca i Ellie, w drugim sezonie pojawiają się nowe twarze. Poznajemy zażarcie ze sobą walczące prawniczki, które kiedyś wspólnie działały. Relacje pomiędzy kobietami budują napięcie, a co za tym idzie i fabułę serialu.  Powiew świeżości wnoszą też bohaterowie nierozwiązanej sprawy Hardy’ego z Sandbrook, która została ledwie naszkicowana w sezonie pierwszym. Poznajemy Claire i Lee, osoby oderwane od rzeczywistości, żyjące swoim własnym, egoistycznym życiem, z jednej strony się nienawidzące, z drugiej nie potrafiące bez siebie żyć.

Serial w dalszym w ciągu otula widza pozornie senną atmosferą i malowniczymi, sielskimi krajobrazami. Jednak, jak i w pierwszym sezonie spokój jest jedynie przykrywką dla rozgrywających się dramatów, a serial kryminalny dość szybko przeradza się w psychologiczny, ukazując kolejne patologie ludzkiego umysłu i zachowań. 

Drugi sezon Broadchurch  jest potwierdzeniem, że warto podejmować niekonwencjonalne tematy, dogłębnie ukazywać i badać tematy pozornie już zakończone. Twórcy po raz kolejny ukazują, że serial ten jest jednym z najlepszych, jaki powstał na przestrzeni ostatnich lat i każą niecierpliwie wyczekiwać trzeciego sezonu, który ma mieć swoją premierę dopiero w 2017 roku. 

środa, 18 listopada 2015

Alastair Bonnett "Poza mapą. Utracone przestrzenie, niewidzialne miasta, zapomniane wyspy, dzikie miejsca"


Istota miejsca jest nieodzownym elementem ludzkiej kultury i świadomości. Nic więc dziwnego, że tak wielu z nas szuka własnej przestrzeni, nowych wrażeń czy bezpiecznego schronienia. Samo bycie homo sapiens jest nierozerwalnie związane z przynależnością do konkretnych zakątków, ale też z chęcią podróżowania i poznawania nowych. Dlatego właśnie ciepło robi się nam na sercu, gdy myślimy o rodzinnym domu, czy lokalnych stronach, dlatego też odczuwamy dreszczyk ekscytacji na myśl o wakacjach, dalekich wyjazdach i podróżach. 

Książka Alastaira Bonneta Poza mapą. Utracone przestrzenie, niewidzialne miasta, zapomniane wyspy, dzikie miejsca powstała z potrzeby ukazania różnych miejsc – tych nietuzinkowych, pozostających poza świadomością większości z nas. Bonnet zwraca uwagę na, jak sam określa, nie miejsca, czyli obszary bądź powierzchnie które ciężko zakwalifikować gdziekolwiek. Są to tereny pomiędzy granicami miast, parkingi, trójkąty na autostradzie, czyli takie, na jakie nie zwracamy uwagi, albo o których istnieniu przeciętny obywatel pojęcia nie ma. Bonnet podzielił swoją książkę na tematyczne podrozdziały, których tytuły nasuwają na myśl rodzaje miejsc, jakie autor będzie opisywał. I tak mamy tutaj: 
  • utracone miejsca;
  • ukrytą geografię;
  • ziemie niczyje;
  • umarłe miasta;
  • miejsca o wyjątkowym statusie;
  • enklawy i nowe państwa;
  • pływające wyspy;
  • miejsca ulotne. 

Zachwycająca jest różnorodność i przekazywana wiedza. Ze względu na naszą szerokość geograficzną zapewne każdy słyszał o Czarnobylu czy Żelaznogorsku, ale już mało kto wie, że na platformie wiertniczej Sealand major Paddy Roy Bates założył niepodległe państwo, siebie mianował królem a swoją żonę księżną. Nie wiemy też o podziemnych miastach na cmentarzach w Kapadocji, czy też ulicy Mureş 4 w Bukareszcie. 

Ujmujący jest ogrom pracy jaki autor włożył w stworzenie tej książki. Bonnet wszystkie opisywane przez siebie miejsca zobaczył, zbadał, a w ich opisie często podparł się fachową literaturą. Stworzył dzieło bardzo spójne, na pograniczu literatury naukowej, podróżniczej, a miejscami, co bywa zaskakujące, wręcz filozoficznej czy egzystencjalnej. Różnorodność wybranych przez niego obszarów pozwoli każdemu czytelnikowi znaleźć miejsce, które go oczaruje, rozbawi lub chociażby zainteresuje. Mnie do gustu najbardziej przypadł ostatni rozdział Miejsca ulotne,  różniący się od pozostałych i niezwykle zabawny. 


Góra Athos

Poza mapą najlepiej sobie dawkować. Taki ogrom opisywanych miejsc, przy czytaniu ciurkiem po prostu zlewa się w jedną całość i, co tu dużo mówić, staje się dość nużący. W książce występują ilustracje ukazujące wskazane tereny. Mimo tego że przy każdym opisywanym obszarze wykazane zostały współrzędne geograficzne pozwalające go zlokalizować w Google Maps, w książce po prostu brakuje zdjęć, co zdecydowanie urozmaiciłoby lekturę. 



Poza mapą. Utracone przestrzenie, niewidzialne miasta, zapomniane wyspy, dzikie miejsca nie są lekturą łatwą, którą czyta się bez większego skupienia. Mimo tego że autor przedstawiał historię wielu miejsc, mnie momentami brakowało wiedzy, by do końca zrozumieć wszystkie poruszane aspekty. 

Lekturę tej pozycji polecam geograficznym zapaleńcom, urbanistom, ale też socjologom, bo ukazane przez Bonneta miejsca, często badane są właśnie pod tym względem. Z czystym sumieniem mogę zapewnić, że każdy odkryje w lekturze skrawek ziemi, który oczaruje go na tyle, że będzie chciał go odwiedzić.    







Tytuł oryginału: Unruly Places: Lost Spaces, Secret Cities, and Other Inscrutable Geographies
Liczba stron: 348
Rok wydania: 2015
Wydawnictwo:  Dom Wydawniczy PWN




poniedziałek, 16 listopada 2015

Zupa krem z cukinii



Zupa pożywna, a mało kaloryczna. Dzięki dodatkowi indyjskich przypraw idealna na kolację lub, gdy chcemy się trochę rozgrzać.




Składniki:
- 1 średniej wielkości cukinia;
- 1 cebula,
- 2 małe ząbki czosnku lub 1 duży;
- 1 łyżka oleju; 
- jogurt naturalny;
- przyprawy: curry, kurkuma, imbir, sól, pieprz.



  • Cebulę i cukinię kroimy w kostkę. 
  • W garnku rozgrzewany olej i szklimy na nim cebulę, dodajemy przeciśnięty przez praskę ząbek czosnku i lekko podsmażamy, uważając, żeby nie przypalić. 
  • Następnie wsypujemy curry, kurkumę i imbir (ilość według uznania), robiąc coś w rodzaju zasmażki. Po chwili dodajemy pokrojoną w kostkę cukinię i zalewamy niewielką (!) ilością wody. Należy pamiętać, by woda maksymalnie przykryła warzywa w garnku. Cukinia także puści wodę podczas gotowania, a gdy nalejemy jej za dużo, zupa wyjdzie po prostu za rzadka. 
  • Gotujemy do miękkości, w międzyczasie przyprawiamy solą i pieprzem. Gdy cukinia będzie już miękka, zakręcamy gaz i czekamy aż wywar wystygnie. 
  • Następnie blendujemy go i podgrzewamy. Jeśli zupa jest mało wyrazista w smaku można ją jeszcze doprawić. 
  • Gotową zupę rozlewamy do miseczek, robiąc na jej środku keks z jogurtu naturalnego.


Smacznego!

czwartek, 12 listopada 2015

Tam, gdzie Księżyc pociąga za sznurki - Katarzyna Krenz, Julita Bielak "Księżyc myśliwych"

Jest jak w koszmarnym śnie. Ciężka, gęsta mgła przenikająca przez każdy odkryty por zmarzniętego ciała. Wnikająca głęboko, podrażniająca każdą komórkę ciała, zamrażająca duszę, podróżująca aż do myśli, by opóźnić wszystkie działania i rozwiązania. Jedynym co wybudza z letargu, a może jeszcze bardziej w nim pogrąża, jest wszechobecny szum morza, huk fal i rozbryzgującej się piany o nadbrzeżne kamienie. Wszechobecna toń nadaje porządek nadbrzeżnemu życiu, które mija w rytm nowiu i pełni, by ożywić się i wyjawić wszelkie tajemnice w czerwonej, krwistej poświacie Księżyca Myśliwych. 

Jednak sen często, tylko pozornie wydaje się koszmarem. Tak też pozornie proste wydaje się życie mieszkańców i turystów na wyspie Sylt. Głównym punktem spotkań jest tutaj bar u Johannesa. To tutaj splatają się ścieżki bohaterów. W tym miejscu spędzają czas na myśleniu o swoim życiu i uczuciach. W tej swoistej agorze spotykamy m.in. Evę, pielęgniarkę cierpiącą z powodu syndromu pustego gniazda, czy też postać tak nietuzinkową jak Vincenta le Puy, dawnego wykładowcę i matematyka, oddającego się malarstwu i żyjącego jedynie z pieniędzy uzyskanych za sprzedane obrazy.  Wydawałoby się, że życie na Sylcie toczy się spokojnie, a wręcz sennie. Do czasu, gdy na jaw wychodzi, że nawet w rzekomo bezpiecznym miejscu, dochodzi do zła i przemocy. 

Tło dla całej historii tworzy krwistoczerwony Księżyc Myśliwych, groźny, nieprzejednany, ale mimo wszystko magiczny i jakby wrośnięty w aurę tajemniczości, jednocześnie ją potęgujący. Z jego pomocą zwykłe wydarzenia stają się niezwykłymi, sprzeczka na plaży i napad na nieznajomego  dają podwaliny prowadzonemu śledztwu. Dochodzenie pełne jest mylnych poszlak, zwrotów akcji, potyka się o fałszywie podłożone tropy, by ostatecznie stać się swoistą łamigłówką, niezwykle trudną do rozwiązania.

Mimo że Sylt jest wyspą niemiecką, klimat panujący w powieści jest na wskroś skandynawski. Wszechobecne filmy Bergmana przewijają się co i rusz przez karty Księżyca Myśliwych. Jednak nie tylko z fascynacją skandynawskim filmem mamy tu do czynienia.  W tekście można też napotkać  inne nawiązania filmowe, literackie czy muzyczne, m.in. do Felliniego, Carrolla, Komedy.
Księżyc myśliwych nie jest jedynie kryminałem, ale stanowi po trosze również powieść socjologiczną. Autorki sprawnie malują obraz małomiasteczkowej społeczności,  bohaterów, którzy z jednej strony są otwarci na sąsiada i wspólne przeżywanie z nim kolejnych dni, z drugiej skrywających najmroczniejsze sekrety pod płaszczem ułudy.  

Niezwykle intrygująca w powieści jest jej warstwa epistolarna. Czytelnik razem z autorkami śledzi powstawanie Księżyca myśliwych, tak naprawdę tworzonego poprzez wymianę listów i maili. Poznaje fascynacje autorek i to właśnie dzięki listom może docenić ich talent pisarski. Zabieg taki, tzn. przytaczanie wymiany listownej na końcu każdego rozdziału, początkowo trochę irytuje, ponieważ jest przerywnikiem warstwy fabularnej i liniowości prowadzonej historii. Później staje się on częścią, z którą cała opowieść stanowi spójną, jednolitą całość. 

Księżyc myśliwych to powieść magiczna, nieszablonowa, zdecydowanie wyróżniająca się na rynku czytelniczym.  Powieść ta stanowi swoistą mieszankę różnych gatunków, przez co staje się niezwykle fascynującą i przystępną, bo każdy znajdzie w niej coś dla siebie. 




  




Za możliwość przeczytania książki dziękuję:



wtorek, 10 listopada 2015

Subiektywny przegląd listopadowych nowości kinowych

Follow my blog with Bloglovin


Letni sezon ogórkowy definitywnie w kinach się zakończył, ale powoli nadchodzi ten świąteczny. Może to i dobrze, każdy może poczuć odrobinę Bożego Narodzenia troszeczkę wcześniej. Zapraszam na przegląd listopadowych nowości kinowych, które wybrałam. 

SPECTRE
Reżyser: Sam Mendes
Premiera: 6 listopada





Craig po raz ostatni, więc może warto do kina skoczyć mimo powszechnej fali krytyki, jaka spłynęła na ten film. Nie jestem wielką fanką, ale muszę przyznać, że Craig coś w sobie ma i bardzo żałuję, że nie będzie już odtwórcą roli Agenta 007.



















SUFRAŻYSTKA

Reżyser: Sarah Gavron

Premiera: 6 listopada


W mojej opinii film nie tylko dla kobiet. Niech mężczyźni też zobaczą, jak ciężką drogę trzeba było przebyć, by babeczki mogły uzyskać prawa wyborcze.











ZAKAZANY BÓG

Reżyser: Pablo Moreno

Premiera: 6 listopada


Historia ludzi, którzy za swoją wiarę cierpieli i stracili życie, ukazująca że męczeństwo katolickie nie jest domena czasów rzymskich, a również tych całkiem współczesnych.








LISTY DO M. 2

Reżyser: Maciej Dejczer

Premiera: 13 listopada


Druga część znanego większości polskiego, świątecznego filmu.










IMIGRANCI

Reżyser: Jacques Audiard

Premiera: 13 listopada


Do obejrzenia filmu zdecydowanie zachęca zwiastun, który mnie osobiście oczarował. Historia trudna, w sam raz wpisująca się w chwilowe tendencje i problemy społeczno – polityczne.





IGRZYSKA ŚMIERCI. KOSOGŁOS CZ. 2

Reżyser: Francis Lawrence

Premiera: 20 listopada


Bez bicia przyznaję się, że nie widziałam żadnego filmu z serii. Przeczytałam całą trylogię i jeśli film jest tak dobry jak książka, to z chęcią wybiorę się do kina.







MAKBET
Reżyser:Justin Kurzel
Premiera: 27 listopada

Mieszane mam uczucia, co do ekranizacji sztuk, a szczególnie Szekspira, bo jego dzieła najlepiej mi się czyta. Kiedyś miałam okazję oglądać Tytusa Andronikusa – niezły, ale nie wiem czy bym to powtórzyła.